1 października 2024
Po potężnym wycisku, który sprawił nam Beskid Niski, pozwalamy sobie pospać dłużej i nastawiamy budziki na 6:30. Przygotowujemy przepaki z brudnymi ciuchami oraz rzeczami, które uważamy za zbędne w dalszej części biegu i ruszamy! Jesteśmy wśród cywilizacji. Trochę tego nam tego brakowało… w zasadzie nie miejskiego zgiełku ale raczej poczucia, że większość survivalowych rzeczy z ekwipunku będzie już zbędna.

Jest chłodno i mgliście. Miasto niemrawo budzi się do życia, a my chcąc uniknąć jego zgiełku, uciekamy w kierunku Jaworzyny Krynickiej. Pnąc się do góry, po pewnym czasie wychodzimy z mgły, a przed nami rozpościera się przepiękny pokaz natury, gdzie chmury i mgły igrają ze szczytami gór. Wychodzi słońce i tam gdzie padają jego promienie, robi się zdecydowanie cieplej, w cieniu, trawa wciąż pokryta jest szronem. Zbiegając z Jaworzyny, uśmiech nie schodzi mi z ust. Przed nami widać, wyłaniającą się w oddali Babią Górę, jesteśmy już tuż tuż od moich terenów. Już niedługo będę mógł czuć się jak w domu.

Planujemy pierwszy postój w schronisku na Hali Łabowskiej. Tym razem to Krzemo cierpi, nie mogąc się dobudzić. Trasa jest dosyć szybka i biegowa. Jedyne do czego można się przyczepić to temperatura, jednak ta coraz mniej nam przeszkadza. W schronisku jemy obfite śniadanie, popijając kawą i herbatą. Gotowi, wyruszamy w stronę Rytra. Tam zaczną się dobrze nam już znane z PUT (Pieniny Ultra Trail) tereny. Biegnąc, o mały włos nie wbijam kijka żmiję zygzakowatą wygrzewającą się na szlaku. Mimo prostej drogi, trzeba utrzymać skupienie.

Mimo słonecznej aury, temperatura oscyluje w okolicach 10 stopni. Poruszamy się sprawnie po bardzo biegowym i zarazem pięknym odcinku trasy. Na horyzoncie dostrzegamy Tatry. Jest świetnie! Biegniemy do Rytra szybko gubiąc wysokość. W mieście wstępujemy do Biedronki po wodę i na szybkie piwko zero. Widzimy przed sobą bardzo dobrze znane nam podejście na Niemcową – długie i wymagające. Humory nam dopisują, gdy podczas podejścia mijamy stado owieczek. Idąc pod górę, wspominamy różne edycje Niepokornego Mnicha – biegu w ramach Pieniny Ultra Trail na dystansie 96km. Jest to chyba nasz ulubiony bieg, na który wracamy chętnie co wiosnę, mimo że zapał do startowania w zawodach z roku na rok coraz bardziej przygasa. Patrząc na bardzo dobrze znany nam krajobraz, zachwycamy się cudownymi widokami, trochę zdziwieni, że podczas zawodów, nie zwracaliśmy na nie aż tyle uwagi. Zaczynam czuć się jak u siebie, to są moje tereny. W sercu pojawia się coraz silniejsze przeczucie, teraz już musi się udać dobiec do Ustronia!

Zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać, bagaż ciąży, a ja zastanawiam się jak to możliwe, że na zawodach czas tutaj leci dużo szybciej? Na Niemcowej skręcamy w stronę Wielkiego Rogacza i dalej na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego – Radziejową. Podchodzimy stromym podejściem po klasycznej ścieżce Beskidów, usypanej luźnymi kamieniami wszelakiej wielkości… Beskidzka rąbanka. Na szycie przystajemy na chwilę złapać pieczątki i nagrać krótki filmik. Stąd już blisko do schroniska na Przehybie, gdzie planujemy zatrzymać się na kawę i zupę. Znajomość trasy dodaje nam pewności siebie i powoduje lekkie rozluźnienie, a drogę do schroniska pokonujemy w pełni biegiem. Niestety tempo jest jakie jest, gdyż całkowicie brakuje świeżości.

W schronisku spędzamy trochę czasu, odpoczywając. Bierzemy też po zerówce, bo przecież Krościenko jest już tuż, tuż. Panuje tutaj spokój i pewnego rodzaju rozprężenie, idealnie odwzorowane przez śpiącego na parapecie kota. Czas jednak wstawać i zbiec do miasteczka, gdzie czeka na nas już Waldi (tata).

Szybko zbiec. Takie było założenie, zapomnieliśmy o jednym małym wzniesieniu, które nazywa się Dzwonkówka. Przecież zawsze tutaj było, a jakoś nigdy nie zwracaliśmy na nie uwagi. Tym razem jest inaczej. Zapadł zmrok, a my jedną nogą byliśmy już na noclegu. Drugą nogą wchodziliśmy stromym podejściem dziwiąc się ciągle skąd ono się tutaj wzięło. Do naszej drużyny dołączył na parę kilometrów nowy kompan, młody czarno-biały kotek. Skakał pomiędzy nogami i kijami jakby nic sobie nie robiąc ze stromizny. Na szczycie, łapiemy głębszy oddech i próbujemy zbiegać. Nie idzie nam zbyt dobrze. Zmęczenie robi swoje, a kryzys tym razem dopadł Krzema. Krok po kroku wlekąc się dalej jakimś cudem docieramy do Krościenka. Patrząc na zegarek, jesteśmy mniej więcej o zakładanej wcześniej godzinie. Jak? Nie mam pojęcia. Zgarnia nas tato. Wygląda na to, że pierwszy raz od wyruszenia będziemy mieli ciepłą kolację. Co za luksus!
Dzień 4: 61km +2710/2859m
Razem: 314km +13387/13661m

