Wielka Pętla Beskidzka – The Loop

„Wielka Pętla Beskidzka”, czyli oficjalnie THE LOOP – pętla, to nic innego jak kwintesencja Beskidów. Szlak, który mierzy około 250km i 11.000m przewyższeń. Biegnie on przez Beskid Śląski, Żywiecki i Mały – wielu miejscach po GSB i MSB.

Dzień pierwszy

Zabawę zaczynamy w piątek z rana w Zawoi – wybraliśmy tą lokalizację ze względu na znacznie łatwiejszą logistykę. Poranek wita nas mroźnym powietrzem. Dosyć mocnym tempem ruszamy w kierunku najwyższego szczytu na naszej trasie, czyli Babiej Góry. Szybko zaliczamy śpiące jeszcze schronisko Markowe Szczawiny i zbiegamy wygodnym szlakiem w stronę parkingu na przełęczy Krowiarki. Jest pięknie i zimowo. Zaczynając podejście od razu zakładamy raczki, gdyż szlak jest mocno oblodzony i wyślizgany. Mijamy turystów prawdopodobnie wracających z oglądania wschodu słońca na szczycie. Pomimo dobrej widoczności na początku, szybko wchodzimy w chmurę która potęguje uczucie zimna. The Loop prowadzi przez perć akademików – jednak ze względu na datę (ostatni weekend marca) – ta jest ciągle zamknięta. Na Babiej bardzo mocno wieje, więc strzelamy szybko fotkę i zbiegamy z powrotem w stronę schroniska – tym razem przez Przełęcz Bronna. Śniegu jest dużo więc biegnie się szybko i wygodnie, dopiero w dolnej części szlaku ze względu na mocne oblodzenie mocno zwalniamy.

Kolejnym przystankiem będzie Pilsko – cały czas trzymamy się czerwonego szlaku – czyli Głównego Szlaku Beskidzkiego – ze szlaku odbijamy dopiero na „Przełęczy pod Beskidem Krzyżowym” i zbiegamy w stronę Korbielowa. Dla Loop jest to charakterystyczne – trasa została wytyczona tak, aby była jak najbardziej przyjazna dla wędrujących – nie omijając punktów gdzie można zjeść, uzupełnić zapasy albo przenocować. W Korbielowie pijemy espresso, uzupełniamy wodę i ruszamy mocnym podejściem w stronę przykrytego śnieg, monumentalnie prezentującego się Pilska. Podchodzimy sprawnie, pogoda i morale dopisuje. W schronisku na Hali Miziowej, zatrzymujemy się na śniadanie. Tam spotykamy dwóch sympatycznych biegaczy – wymieniamy doświadczenia i pozdrowieniem na ustach podchodzimy pod polski wierzchołek. Ze względu na wiatr – ponownie szybko robimy zdjęcie i już lecimy w dół – na tyle szybko że mijamy szlak i zbiegamy około kilometr za daleko. Podczas mocnego zbiegu – bez raczków – ślizgam się na ukrytej pod płytką warstwą śniegu zamarzniętą kałużą zaliczając piękną glebę. Dzięki temu orientujemy się, że zgubiliśmy szlak. Podchodzimy z powrotem na Halę Miziową i z pomocą GPSa w zegarku udaje nam się wrócić na GSB.

Dzięki sporej ilości mocno udeptanego śniegu, szlak jest bardzo biegowy. Szybko zaliczamy kolejne kilometry w stronę schroniska na Hali Rysianka. Tam zbieramy pieczątki i lecimy dalej w stronę Węgierskiej Górki. Czas mamy bardzo dobry, wygląda na to, że na spokojnie zdążymy na miejsce noclegu przed zamknięciem kuchni. Ten odcinek WPB jest bardzo przyjemny, poza paroma miejscami zniszczonymi przez zrywkę (co myśmy bez tych traktorów w lesie zrobili?!), szlak jest suchy. W Węgierskiej Górce, w Żabce uzupełniamy zapasy wody, pijemy pepsi – ekspres do kawy był zepsuty – i zacznamy podejście w stronę Baraniej Góry. W nogach już ponad 60 kilometrów – ale sił ciągle jest dużo i tempo nie spada. Na Hali Radziechowskiej wyciągamy czołówki i wiatrówki – po zachodzie słońca temperatura mocno spada. Na Baranią Górę wchodzimy po wyślizganym śniegu przez co tempo trochę nam spada, a może to już zmęczenie daje się we znaki… Na szczycie, kolejny raz robimy szybkie zdjęcie i ruszamy w stronę schroniska pod Przysłopem, gdzie mamy zaplanowany nocleg. Na miejsce docieramy około 19:20 – na spokojnie jemy kolację i udajemy się do pokoju odpocząć.

Dzień drugi

Wstajemy o 4.00, aby móc wyruszyć jak najwcześniej. Po wyjściu wita nas… zima – spadło około 5 kilometrów śniegu. No cóż, upał jakby zelżał – biegniemy w stronę Ustronia. Odcinek mocno asfaltowy a przez to szybki. Jest zimno i sennie. Marzę o porannej kawie, którą planujemy wypić dopiero po lekko ponad 20 kilometrach w Schronisku na Szosowie. Poranek jest wręcz magiczny, podnosząca się mgła ustępuje miejsca ciepłym promieniom słońca. Otaczająca nas cisza głośno wybrzmiewa w uszach, chcąc jakby wyryć w pamięci należne miejsca dla tej chwili.

W schronisku pijemy kawę i jemy śniadanie. Zaczyna się robić coraz cieplej, więc zrzucamy po „wewnętrznej warstwie koszulek”. Teraz czas na Wielką Czantorię i jeden z najmniej przyjemnych zbiegów na trasie w stronę Ustronia. W nogach mamy już grubo ponad 100 kilometrów, i nie czuć w nich świeżości. Podejście pod Równicę nie idzie zbyt przyjemnie. Zatrzymujemy się na kolejną kawę i uzupełnienie wody. Pogoda zrobiła się piękna i widokowa, jednak temperatura nie jest wysoka, a na otwartych przestrzeniach mocno czuć lodowate podmuchy wiatru. Stoki z północną ekspozycją, nawet w niższych partiach, wciąż są ośnieżone. Po wyjściu ze schroniska schodzimy z Głównego Szlaku Beskidzkiego, i wkraczamy na nieznane nam dotąd ścieżki. Mijamy miejscowość Brenna i ostrym podejściem wchodzimy na Wielką Cisową, a zaliczamy kolejną pieczątkę i kawę w Schronisku na Błatnej. Jest tłoczno więc po uzupełnieniu zapasów szybko opuszczamy lokal. Kolejny punkt przed nami to Schronisko Klimczok. Odcinek ten jest dosyć mocno przykryty topniejącym błotem śnieżnym. Ze względu na sobotę i piękną pogodę po drodze mijamy również sporą ilość turystów. Czas mamy bardzo dobry, szacujemy że na miejscu będziemy około godziny 18 – na godzinę przed zamknięciem kuchni. Mocno biegowy odcinek trasy pozwala nam na sprawne dotarcie do słynnego wśród miłośników MTB, Schroniska Szyndzielnia – mam nadzieję, że niedługo i ja będę mógł wypróbować tutejsze ścieżki.

Na „Stefance” pijemy kawę i jemy po szarlotce. Picia mamy wystarczająco na ostatni już odcinek trasy. Zbiegamy do Bystrej Śląskiej i mocnym tempem lecimy przez Wilkowice, aby zacząć ostatnie już na dziś, liczące ponad 500 metrów w pionie, podejście na Magurkę. Szlak tutaj wytyczony jest stromym zboczem przez gęsty las. Kolejny raz tego dnia zaskakuje mnie dzwoniąca mi w uszach cisza. Las w promieniach zachodzącego słońca jest wręcz uspokajający. Ku naszemu zaskoczeniu jesteśmy jednymi z nielicznych gości w schronisku. Na spokojnie zaliczamy kolację i szykujemy się na kolejny – ostatni już dzień wyprawy.

Dzień trzeci

Ponownie wstajemy o czwartej nad ranem. Poranek jest mroźny – temperatura waha się około zera stopni. Ruszamy stronę najwyższego szczytu Beskidu Małego – Czupla, i dalej w stronę Czernichowa. Zaliczam kolejną glebę na stromym zbiegu, dodatkowo przeoranym przez niezawodnych leśników. Przechodzimy po kładce przez Sołę, kierując się w stronę stoku narciarskiego na górę Żar. Niedzielny poranek jest cichy i spokojny. Zaczynamy ostre podejście. Napieram trochę zbyt mocno – pomimo niskiej temperatury, pot mocno kapie mi ze skroni. Zaliczając 400 metrów w pionie, meldujemy się na górze. Nogi potrzebują dłuższej chwili, żeby dojść do siebie po tym wymagającym podejściu. Wkraczamy, na znany nam już (nie taki) Mały Szlak Beskidzki i ruszamy w kierunku hotelu Kocierz, aby dostać tak upragnioną już kawę.

Na jednej z wielu Kiczer w Beskidach, pozdrawiają nas biwakujące turystki. Korzystamy ze zlokalizowanej na szczycie wiaty żeby zrzucić z siebie warstwę ubrania i biegniemy dalej. Tempo jest niezłe, jednak głowa senna. W skupieniu albo półśnie pokonujemy kolejne podejścia i zbiegi beskidzkiej rąbanki wypatrując czekającej nas kawy. Zmęczenie coraz mocniej zaciera radość płynącą z piękna otaczającego nas krajobrazy. Docieramy do hotelu pod przełęczą Kocierz, gdzie uzupełniamy zapasy, pijemy kawę i jemy śniadanie. Cóż za kontrast, dwóch „pachnących” biegaczy wśród przepychu ośrodka wypoczynkowego. Pokusa zjedzenia sowitej ilości na śniadanie jest mocna i nawet przez chwilę rozważam skończenie szlaku w tym miejscu… Ruszamy dalej.

Opuszczamy MSB i po raz kolejny wchodzimy w nieznane nam, tereny. Trzymamy się zielonego szlaku, który prowadzi nas raz do góry raz w dół. Trasa biegnie przez las i z każdym kolejnym mijanym kilometrem staje się coraz bardziej monotonna. Przeciskające się przez liście promienie słońca oraz dosyć mocny, ciepły wiatr – powodują postępujące odwodnienie. Kryzys przychodzi znienacka. Zbiegając z Gibasówki, wraz z utratą wysokości tracę siły. Punkt kulminacyjny następuję przy nieczynnej, zaznaczonej na mapie Żabce w miejscowości Kocoń. Resztkami sił podążam za Krzesimem w stronę Ślemienia, gdzie powinien znajdować się otwarty sklep. Na miejscu wlewam w siebie colkę, piwo bezalkoholowe oraz wrzucam prince-polo. Cukier robi swoje i odzyskuje siły. Jest ciężko, jednak zmuszam się aby ruszyć dalej – do mety zostało około 21 kilometrów. Zaliczamy bardzo strome podejścia i szybkie asfaltowe odcinki przez kolejno mijane wsie. Kolejny las, kolejna zrywka i rozpoczynamy podejście pod Jałowiec. Wody i sił ubywa proporcjonalnie do znikających podczas podejścia metrów przewyższenia. Planujemy uzupełnić zapasy w chatce na Jałowcu – jednak ku naszemu zaskoczeniu, nie jest to schronisko jednak malutki szałas wynajmowany na krótkie noclegi. Trudno… nie pozostaje nic innego jak pobiec ostatnie 6km „na sucho”. Biegniemy więc do Zawoi i domykamy Pętlę z sumarycznym czasem 2 dni, 11 godzin i 25 minut.


Opublikowano

w

przez